O zjawiskach na wysokosci poziomu horyzontalnego.
Wybralismy sie na nocke filmowa do Multikina. Dodam, ze bedzie to nasza ostatnia nocka filmowa w Multikinie.
Powod? Masakryczne towarzystwo. Nie wiem, moze ja juz jestem innej daty, ale naprawde nie widze sensu w umawianiu sie na noc filmowa, za ktora zaplacimy 13 zl od duszy, tylko po to, zeby upic sie przed seansem i rzucac idiotyczne komentarze w eter.
I jak tu nie byc aspolecznym? Sama lubie uprzykrzac zycie innym, ale wszystko ma pewne granice. Nie przepadam za towarzystwem abderytow.
Ba, juz nawet moj ortodoksyjny Jedyny, podczas jednoznacznych scen w Tajemnicach Brokeback, mruknal tylko, iz odechcialo mu sie jesc. Nie krzyczal na pol sali: “O pedaly, wreszcie jakas akcja!”.
Na szczescie wracalismy malo uczeszczana sciezka. W towarzystwie Jedynego, nie wazne jakby nie marudzil, czuje sie najlepiej. A jakie mielismy widoki – wschod nad stocznia gdanska, z wysokosci Cyganskiej Gorki, ech.
Trzeba przyznac, ze najbardziej imponujacy widok, zwiazany ze schodzeniem Slonca w poziom horyzontalny, zawdzieczam Jedynemu. To on namowil mnie na ten, kompletnie poroniony, pomysl wejscia na space shot’a w Wiedniu. Grawitacja sciskala mi kiszki, oczy wychodzily z orbit, krzyczalam w nieboglosy, gdy spadalismy w dol, ale to wszystko bylo warte tego zachodu slonca nad Alpami. Najcudowniejszy widok mojego zycia.
No, i mimo dzialan grawitacji – bawilam sie swietnie.
Dzis byl naj, naj wschod.
Dziekuje,
Kami
maj 18, 2008 @ 8:03 pm
niestety noce w multikinie tak właśnie wyglądają, byłem w zeszłym roku i więcej nie pójdę. Bo żadna przyjemność oglądać filmy w takich warunkach.