Teatralizacja zycia codziennego.
Nie spie od 24 h z powodu pracy. Dobrabialam na inwentaryzacji. Miedzy Tyskim a Okocimiem moje uszy katowalo techno, na chipsach przemily Pan puscil piosenki o milosci… Z nudow, procz liczenia Lays’ow, sporzadzilam przyblizony zestaw typow piosenek na 1 h audycji radiowej. Smętów bylo ok. 90%, przy czym ponad polowa traktowala o milosci platonicznej. Ot, zycie.
Tego samego dnia, tylko ciut wczesniej, spotkalam sie z przyjacielem. Skubany przyczynia sie do mojego alkoholizmu. Podarowal mi, z okazji 19 wiosen, piersiowke :). Podczas naszej rozmowy poruszylismy temat teatralizacji zycia. Jest to zagadnienie niezwykle mnie interesujace. Generalnie, powinnam zostac komentatorem. To jedno z moich ulubionych zajec - komentowanie spoleczenstwa, jego obserwacja, analiza. Nie ma w tym nic z zawodostwa, po prostu z natury jestem paskudnym, ironicznym maruda. Dodatkowo aspolecznym ^^.
Sluchajac tych piosenek w nocy z 31 maja na 1 czerwca przypomnialo mi sie, jak 2 lata temu, zaraz po rozstaniu z moim ex, pojechalam z paczka na inwentaryzacje do ETC. W radio puszczali te same banaly. Tylko jakos wtedy slowa piosenek na mnie “dzialaly”. Byly one swego rodzaju biblia. Taki wiek chyba. Nawet pamietam sklad mojej playlisty: Alexander, My, Milosc w czasach popkultury, Krakow, Do Ani, Re-Offender, Promises itd. Mix smetow wszelkiego rodzaju o rozstaniach.
Caly moj poprzedni zwiazek byl filmowy, sztuczny. Hasla, wyjete z ust hoolywodzkich gwiazd, wyplywaly z naszych ust. Podczas koncertow, saczylismy sobie do ucha piosenki, ktore wtedy, jak sie nam zdawalo, przekazywaly zasady rzadzace swiatem. Te jego, dzis wywolujace usmiech, teksty: “prawda, jest taka, ze Ty w koncu wyjdziesz za swojego przyjaciela, a mnie zostawisz”, “wybudujemy sobie dom”, “nawet jak bedzie dziecko, to damy sobie rade” itd. Ba, sama zakonczylam to pieknym, filmowym “zostanmy przyjaciolmi”, byl tez list, aczkolwiek ironiczny i nieprzyjemny, parodjujacy wszystkie filmowe zagrywki, taki z olowkowymi notatkami (moglam zrobic ksero, ech). Czyli mala zlosliwosc w kamisiowym stylu.
W dzien (noc?) dziecka wrocilo do mnie moje “szczeniactwo”. Na szczescie, udalo mi sie z tego wyleczyc. Tak, poczulam dla swych poczynan litosc, taka sama, jaka odczuwam dla moich kolezanek, ktore wciaz marza o ksiecu na bialym koniu (aj, przepraszam, w bialej limuzynie). Katuja swe umysly komediami romantycznymi, mysla, ze kiedys spotkaja swego Malaszynskiego lub Grant’a. Zrywaja, by potem zejsc sie w filmowym stylu, w biegu wpasc sobie w ramiona… zadajac sobie jedno pytanie: czemu w tle nie leci muzyka?
Wole swoja nieprzecietna przecietnosc. I szczescie, takie ciagle i bliskie. Nie odczuwam potrzeby targania nim za pomoca filmowych zagrywek.
Tak, teatralizacja zycia objawia sie najczesciej w milosci. Ludzie zamiast kochac, graja w swoje glupie gierki dla… w sumie dla czego? Dla zwiekszenia emocji? Napiecia? Romantyzmu? Jak dla mnie, to czysty egoizm. Chec upiekszenia swojego zycia kosztem tej drugiej osoby. Ot, codziennosc.
Kami
czerwiec 7, 2008 @ 11:38 am
W akapicie, w którym mówisz o komediach romantycznych, koniecznie wspomniałabym o Meg Ryan. Kobieta powinna dostać kilka lat więzienia, za to co zrobiła niektórym naiwniaczkom.
czerwiec 7, 2008 @ 12:05 pm
w takim razie Julii R. przyznaje dozywocie ;)