FETA, scena I.
No i sie zaczelo, w deszczu i chlodzie. Kocham robic zdjecia, ale sa pewne granice.
Nie chcialo mi sie. Tak mocno, mocno. Wyciagalam aparat tylko, gdy mialam juz ulozony kadr. Jestem typem leniwym i stanie pod scena, mokniecie, wystawianie (o zgrozo) nieuszczelnionego aparatu (worek sniadaniowy sie nie liczy) na deszcz, nie nalezy do zajec, ktore praktykuje z przyjemnoscia.
Poza tym, Jedyny cierpial. Nie dosc, ze biedak nie mial aparatru, to jeszcze podjal sie rycerskiego zadania chronienia mnie przed deszczem. A ja? Ja marudzilam, ze mokne. Z pretensja w glosie wymierzona dokladnie w mojego Lubego. Jakby ponosil wine za wyze i nize w naszym pieknym kraju.
Nie wiem, skad ten typ ma do mnie tyle cierpliwosci. Sporo sie nasluchal i jeszcze przemarzl (bo wszystkie jego bluzy walaja sie u mnie po pokoju…). Pojdzisz za to do nieba, Kochanie :P.
Bo Kami to taki… aniol i diabel w jednym. Potrafi byc kochana, az do bolu i zrobic wszystko dla Jedynego (lacznie z upraniem skarpet i kanapkami do pracy), z drugiej strony… potrafi mocno dokopac, a Jedyny odczuwa to najdotkliwiej.
Kami
