V Manifa Krakowska.
Hmm, słuszna czy nie słuszna, to kwestia sporna. Zwłaszcza w naszym pokoiku, bo Jedyny za, cytuję, kurwiszonami, nie przepada. Bo jednak w tym tłumie, były nie tylko feministki-feministki, ale też kobiety, mężczyźni, którzy jednak uważają, że w tym pięknym miejscu w środku Europy nie do końca jest równość. Szły tam kobiety, które nigdy nie będą miały większej pensji niż ich kolega, tylko z racji, iż nie mają penisa w portkach. Kobiety, które z tych względów nie zdobędą pracy na kierowniczym stanowisku (choć to się całe szczęście zmienia). Byli też geje i lesbijki, w myśl teorii queer, jednoczący się w bólu. No i Samba Rhythm of Resistance, nieodłączny towarzysz, strasznie umilający ten pochód. Dlatego właśnie zawsze lubię tam być.
Co do zwrotu feministki, które Jedyny nazywa kurwiszonami, nie chodzi tu o naszą niechęć do feministek. Zarzucają mi bycie feministka (o zgrozo). Kurwiszon to ta odmiana, która najchętniej przykułaby faceta do kuchni, wykastrowała go i błogo przyglądała się temu, jak kaleka radzi sobie z krojeniem ogórków. Są takie panie niestety. Nie zapominajcie, że mężczyźni przejawiają lęk kastracyjny. Ja też go przejawiam, boje się o przyrodzenie wszystkich mężczyzn na tym świecie, bo są potencjalnymi no… ;). Po prostu nie lubię skrajności, niech żyje złoty środek.
I zdjęcia. KLIKAĆ.
I bonus, ponoć fajny.
Kami
