Dla tych jeszcze niezorientowanych, których nie powiadomiłam znaczy się – przebywam obecnie nad morzem. Tj. wakacje Kamiś ma. Pierwszy, porządne wakacje od… dwóch lat. Bo ostatni były, jak stopem do Wiednia pojechaliśmy.
Dobrze mi.
Właśnie wlewam w siebie n-te piwo. W ciągu dnia nadrabiam zaległości towarzyskie i bawię się na FECIE.
I tak zajebiście jest w końcu nie robić zdjęć “dla”. Tak tylko dla siebie. Tak “po swojemu”. Ciepło mi normalnie od tego.
Matka wciąż mi wyrzuca, że się zapuściłam. Fakt, grzywkę mam taką, że ledwie widzę. Ścinać siano, nie ścinać siana, oto jest pytanie. Może znowu z kłaczkiem na bok? Bo jak odrzucę grzywkę przy fotografowaniu, to wyglądam jak siedmiolatek za Piasta… Zaczynam się siebie bać, mam, typowe dla kobiet, dylematy związane ze swoim wyglądem. Pora umierać.
Co do kobiecości. Wkurza mnie strasznie, że wszyscy napotkani znajomi zaznaczają, iż “się zmieniłam, że tak, co do mnie nie podobne, kobieco wyglądam”. Naprawdę nie wiem, czy złościć się, czy cieszyć. Bo w sumie to komplement z wrzutą w tle. Więc, jeśli to czytasz, a niedługo się ze mną umówisz na spotkanie i wyrzucisz mi brak kobiecości, w, nazwijmy to, poprzednim wcieleniu, to, w niekobiecym stylu, cię złoję, o. Tyle w temacie.
No to, cytuję, “mała pijaczko, ty” idzie spać.
Kami








