Z cyklu nadrabiamy zaleglosci:
W niedziele mialam przyjemnosc udac sie do Gdyni, gdyz Gdansk mi sie przejadl. O tym juz bylo.
Poprzeczke ustawilam sobie dosc wysoko. Zrobic zdjecia, ktore mi sie spodobaja, z miejsca, ktrore specjalnie nie przypadlo mi do gustu.
KLIKAC (duzy pasek).

Gdynia tez ma ladna architekture. A co, tylko krowa nie zmienia pogladow. Szczegolnie do gustu przypadly mi domki na Zeromskiego. Generalne cala ulica jest urocza. Spokoj, mimo bliskosci centrum (!), brud (!!), stare mury (!!!). Czyli Kami byla u siebie.
Z tej euforii wpadlam na debilny pomysl pomaszerowania ze stopy (bo buty dyndaly mi na ramieniu) do Sopotu… Wciaz czuje te male kamyczki miedzy palcami, ech.
Tak czy siak, bylo fajnie. Brakowalo mi swiezego powietrza, przestrzeni, wody. Spedzilam pierwsze 10 lat mojego zycia mieszkajac niecale pol kilometra od plazy. Woda to moj zywiol (mimo, iz wrozki twierdza, ze jest to ziemia, ale kto by ich, kurde, sluchal).
Pamietam, jak kiedys w Panoramie nadawali program o sinicach. Komentatorka z nuta grozy opowiadala o tych smierdzacych zyjatkach, nastepnie, stopniowo dawkujac przerazenie, informowala, iz kontakt z sinicami moze doprowadzic do wysypki, alergii itd.
W tym momencie kamera pokazuje mala Kami, zanurzona w zielonej breji po kolana, ktora z wielkim grinem smieje sie i macha do kamery. Mialam wtedy moze z piec lat :D.
Bylam stworzeniem baltykolubnym. Do momentu, gdy omal nie utonelam w Sobieszewie. Zycie.
Wracajac do spaceru. Polecam takie rozrywki. Jak dobrze wybierzecie kawalek plazy, pogode oraz pore, to mozna odniesc wrazenie, iz zatopilismy sie w blekicie. Idealnie na poszukiwanie sensu, Boga, fistaszkow i czego tam jeszcze chcecie.
Kami