W weekend obchodziłam swoją drugą 18, tj. były spóźnione urodziny. Do siebie doszłam dopiero dziś, dzień wczorajszy zaczęłam natomiast od jednego, bardzo nieprzyzwoitego stwierdzenia (na literkę k, dodam), by następnie dowiedzieć się, że zasnęłam na korytarzu. ALE, nie zerwałam z Jedynym, nie powiedziałam mu, że mi życie marnuje, nie pobiłam go, czyli kultura w wydaniu Kami pełną gębą. Tylko zasnęłam. Jest nieźle.
Po kradzieży roweru, pogryzieniu przez psa śmieciarki, pralce, która przestała wirować i nagle zaczęła, przyszedł czas na palniki. Tak to już bywa, że jak coś się może zepsuć, to się zepsuje. Gdy urządzenie jest powiązane z moją osobą, zawsze psuje się, gdy najbardziej go potrzebuje. I tak Kami biegła przez pół Kazimierza, z 2 litrowym garnkiem surowych ziemniaków (na sałatkę) i kilogramem ryżu w plecaku (też na sałatkę). Codzienność.
Po powrocie okazało się, że palnik mamy na osobnym korku. Zmartwychwstał. Codzienność.
I teraz mały staroć, co to się odnalazł podczas porządków.
Kami















