Czyli znowu się zaczyna, a mi się znowu nie chcę. Zwłaszcza, że tym razem tak z grubej rury jadą. Ech.
Teraz czekam na słynną “Sesję”, pode mną stoi garnek sałaty. Nie potrafię uczyć się, przy okazji czegoś nie przegryzając. Sałata, w przeciwieństwie do czekolady, orzeszków, chipsów, jest bezpieczna dla mej, i tak już upośledzonej, ekhm, tali.
Ponoć jakieś badania wykazały, że ludzie poświęcający dużo czasu na naukę, są obwodowo skrzywieni. Niech im będzie.
Tak więc jestem w połowie notatek, wcinam zieleninę i czekam na cud, tj. placebo moje w postaci tabletek o magicznej nazwie.
Pogoda wisielcza się zrobiła, za długo było ładnie. Pogoda załatwiła mój obiad. Smaczne żeberka. Z cielęciny… hlip. “Puchatki” (tj. pleśń) zaatakowały nasz garnek. Na pohybel puchatkom.
A na koniec Maciej Madej i jego pupil – F16. Człowiek z pasją.
Kami

